sobota, 27 marca 2010

Makdonaldyzacji mówię tak

    To wymyślne pojęcie jest synonimem globalizacji. Przynam, że bardzo mi się podoba i teraz zacznę go używać. Tak samo jak używam globalizacji.
    Fala wzorców, zachowań i idei zalewa nasz świat. W każdym zakątku planety wszystkie popularne marki, czy to produkującej bieliznę, czy sprzątającej psie odchody są znane i lubiane. Wszędzie nosi się buty Nike'a za kostkę, leginsy, a chłopaki, ubierają się lekko mówiąc niemęsko. Zarówno w Gabonie jak i we Francji pije się Coca Colę, a wieczorem ogląda wiadomości CNN. To jest globalizacja, czyli wszystko jest wszędzie, dostępne dla każdego.

    Nie chcę tutaj opisywać plusów i minusów dla światowej gospodarki i biznesu. Ważnym skutkiem jest ujednolicenie się stylu naszego życia. Zwiększa się liczba osób spędzających cały weekend w centum handlowym, nabywamy wysokoprzetworzone produkty spożywcze trując się niemiłosiernie. Za to wszystko płacimy w prawie całej Unii Europejskiej jedną walutą.
    Nieograniczone możliwości przemieszczania się sprawiają, iż nawet w najmniejszej ukraińskiej wiosce, znajdą sie dwie rodziny Afroamerykanów i trzy pokolenia Indian. Rasy mieszają się i jesteśmy zmuszeni do zarzucenia rasistowskich poglądów, gdyż nagle stwierdzamy, że murzyn to też człowiek.
    Geje i lesbijki posiadają coraz większe prawa, bo zwiększa się ich ilość. Niestety nie wszędzie są oni tolerowani, a to źle. Musimy nauczyć się przyjmować nowe trendy i wymysły człowieka, otwórzmy się na ludzi, których poglądy nieco różnią sie od naszych.
   
    Globalizacja to dla mnie również gniazdka elektryczne, które na całej kuli ziemskiej powinny być identyczne, aby nie kupować zbędnych przejściówek.
    Kosmopolityzm zwiększa naszą akceptację innych kultur i tradycji, pozwala na poznawanie odmiennych ludzi, co bardzo mi się podoba. Lubię czuć się obywatelem świata i obserwować jak 6 mld homo sapiens staje się jedną rodziną.
    Zadowala mnie fakt, że na półkach w amerykańskich sklepach znajdę konserwę turystyczną i Żywca. Być może oscypek, niedługo będzie podawany jako aperitif w hotelu w Kuala Lumpur? A żurek z kiełbasą zagości na stole Baracka Obamy? Kto wie...

    Martwi mnie jedynie zanikanie odrębności i cech wyróżniających państwo, oraz jego obywateli. Zwłascza młodzi osobnicy są podatni na wpływ zachodniej kultury i mody. W tej chwili ciężko jest odróżnić nastolatka z Hiszpanii od zimnego Szweda. Docierają do nas nowe subkultury, zwyczaje, rodzące się zazwyczaj w USA lub Europie Zachodniej, które pojawiają się w głowach i zachowaniu coraz większej ilości społeczeństwa.

    Są dwie strony medalu... Pierwsza to łatwość... W kontaktach międzyludzkich, podróżowaniu, kupowaniu, łatwość w swobodzie życia, które staje się bardziej przyjazna dla wszystkich.
    Z drugiej strony cały świat zabarwia się jednym kolorem, dąży do tych samych celów, jego idee i wartości stają się powszechne, co zabiera nam suwerenność i odbrębność.
   Czy to dobrze, czy to źle? Sam już tego nie wiem, bo obiema nogami stoję na dwóch stronach: pozytywnej i negatywnej, za i przeciw. Decyzję o tym, czy otwierać się na świat i popaść w wir zależności, bądź zamknąć się i żyć po swojemu, każdy musi podjąć osobiście... Oby wybór ten, był trafny!

1 komentarz: