niedziela, 30 maja 2010

Zero męskości

        Pamiętacie zapewne John'a Rambo albo słynnego dzisiaj, bohatera niezliczonej ilości kawałów Chuck'a Norris'a. Ich charakterystki można określić krótko: faceci, prawdziwi twardziele. Wielka szkoda, że nie namnożyło się ich więcej, bo dzisiaj jest ich tak za mało, jak za dużo jest dwutlenku węgla w atmosferze.

    Mocny wybuch śmiechu wywołał we mnie artykuł w "Newsweeku", który znajdował się w dziale "moda", albo "życie gwiazd", sam już nie wiem. Ale najciekawsze jest to jak została przedstawiona w nim sylwetka współczesnego twardziela. Raczej nie przedstawiona, tylko opisana milionowa z kolei, nowa moda, która nakazuje tandetnym mężczyznom stylizowanie się na twardziela. Ooo tak, teraz wyglądasz jak bezwzględny zabijaka i nadludzki himen żywiący się jadem kobry. Wbrew pozorom nie potrzeba wiele, aby właśnie taką postacią zostać. Są tylko trzy wymagania: szeroko rozpięta koszula, która ujawni posiadanie ogolonej klatki piersiowej, podarte jeansy i gęsty zarost na twarzy. Oczywiście są to atrybuty prawdziwego faceta, nieważne, że mając 30 lat płaczesz, gdy widzisz bezdomnego kota albo smucisz się na myśl, że rodzice znikną Ci z oczu na tydzień. Nic nie jest ważne, poza tym, że chodzisz w szmatach i pokazujesz skutek braku maszynki do golenia w łazience.
    W tym artykule były również zdjęcia cudownych panów, na których mówi się gwiazda, którzy służyli jako przykład współczesnego twardziela. Szczerze mówiąc ja widzę codziennie takich panów grzebiących w miejskim śmietniku, i moim zdaniem to oni wyglądają jak pogromcy dżungli i właściciele dzikich tygrysów.

    Myślę, że dzisiaj zupełnie zaniknęło pojęcie faceta. Jest tylko chłopczyk, pan, gej, słodziak i koleś. Czuję się dziwnie, gdy przechodzę obok "koleżki", który ma na sobie pięć warstw koszulek polo z podniesionym kołnierzykiem, spodnie rurki o średnicy zapałki i różowe Conversy. Czuję, że otaczają mnie kobiety i druga płeć jako rozwijająca się kobieta. To nie jest dobry znak. Masowo depilujący się panowie, chcący się pociąć, gdy na twarzy pojawi się pryszcz doprowadzą nas do końca świata szybciej, niż przewidywała to cywilizacja Inków. Jeśli mam być postrzegany jako obcy element ze względu na rosnące włosy na klatce piersiowej i brak kremu do zmarszczek w szufladzie, to ja wolę wynieść się na Marsa.
    Na ostatniej lekcji biologii dowiedziałem się, że nadmierne owłosienie jest cechą zwierzęcą. Ja się z tego cieszę, bo gdy obserwuję zachowania ludzi, z chęcią chciałbym wynieść się do świata natury. A włosy na moich nogach doskonale nadają się do zaliczenia mnie, jako zwierzęcia.

    Jeśli ktoś słyszał kiedyś o kolarstwie, słyszał też o tym, że lider wyścigu nosi na sobie żółtą koszulkę lidera. Kilka dni temu oglądając relację z wyścigu Giro d'Italia dowiedziałem się, że lider otrzymuję różową koszulkę! Czyżby nawet kolarze przechylali się w stronę homoseksualnej rzeczywistości? Wolę nie wiedzieć.

Szkoda, że bycie facetem zmusza nas do bycia człowiekiem dziwnym i nierozumianym. Zamiast tarzania się w błocie trzeba zaliczyć wizytę w SPA, kurs strzelania z broni palnej lepiej odwołać ze względu na degustację nowej, indyjskiej herbatkia a skok ze spadochronu odłożyć na później, bo ze strachu zsiwieją nam dwa włosy. Cieszyłbym się, gdyby Rambo i Norris przybyli do nas i przeszkolili każdego osobnika płci męskiej w kwestii psychiki i postępowania, na świecie zapanowałby chaos, brud, smród i strach po to, żeby przetrwali najlepsi i swoim nasieniem dali lepsze następne pokolenia.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Jaka dorosłość? My wciąż jesteśmy dziećmi !

    Każdy z nas przeżywa kiedyś historyczny moment magicznej przemiany, z istoty szarej i słabej, w silną i prężną, która otrzymuje legalny dostęp do wszelkich przyjemności i przekleństw tego świata.


    Wielu moich rówieśników wkracza w część życia zwaną dorosłością. Tak, to my wkraczamy w dorosłość, a nie ona w nas. Pełnoletniość oznacza nowe cele, perspektywy i cudowne przeżycia, bo w końcu mamy dostęp do wszelkich rozkoszy. Przyciąga nas jak magnes biedne opiłki żelaza, które nie są w stanie samodzielnie się odczepić.

    Jesteśmy bezradni, bo upływ czasu jest nie do powstrzymania, więc nasza gotowość na przyjęcie 18-stych urodzin pod kątem psychiki, jest mierna. Nie mówię tutaj o gotowości fizycznej, bo nasz żołądek jest już odporny na masowe wlewanie wódki i wciąganie papierosowego dymu.

    W zasadzie ciężko można stwierdzić kiedy w pełni wchodzimy w szeregi grupy ludzi urzędujących pod szyldem "dorośli". Nie wierzę, aby jeden dzień nagle zmienił nasze pojmowanie świata, narzekanie na nauczycieli, masturbację i smarowanie twarzy kremem antytrądzikowym. Te 18 urodziny, które hucznie świętujemy są dobrą wymówką przed rodzicami, aby zrobić wielką popijawę i zaliczyć młodsze licealistki.

    Nie sądzę, aby głupia cyfra, kawałek plastiku zwany dowodem osobistym i możliwość głosowania w wyborach politycznych, dodawała nam rozwagi i pomyślunku. Często głupiejemy z powodu nowych możliwości i czynności, które dotąd oznaczone były znakiem "Dozwolone od lat 18", a które są teraz w zasięgu naszych rąk.

    Chociaż pisząc powyższe słowa, czuję się jak heretyk. Miażdżąca większość nastolatków upija się, upala do nieprzytomności i wciąga nosem wszystko co ma postać sypkiego proszku uważając się za starych wyjadaczy. Od dawien dawna robimy (dzieci) to, co legalnie mogą robić tylko osoby dorosłe. I ja sam wcale nie odczuję nagłego przypływu energii i olśnienia, bo wreszcie mogę pełnoprawnie obejrzeć pornosa, albo
przejść obok policjanta z papierosem w ustach.

    W niektórych państwach liczba lat, jaką należy ukończyć, aby zostać pełnoletnim to 21. Nie wiem czy np. Amerykanie mają inne mózgi albo wolniej się rozwijają, lub tamtejsze władze dbają o obywatela i zezwalają mu na legalne korzystanie np. z używek dopiero wtedy, gdy ten teoretycznie zmądrzeje.

    Ja sam od długiego dość czasu piję alkohol i jeżdżę samochodem po mieście, więc powinienem być ścigany listem gończym, a nie jestem. Więc śmiało stwierdzam, że granica pełnoletniości powinna być ustalona w naszych głowach. Tylko jak bardzo ludzie rozbestwiliby się, wiedząc, że nie podlegają normom prawnym? Chyba aż za bardzo. Więc niech wszystko pozostanie na swoim miejscu, a świeżaki wchodzący w dorosłość (w tym ja) nie popadały w euforię i nie obnosiły się przesadnie ze swoim wiekiem, który upoważnia do bycia niepoważnym.

piątek, 2 kwietnia 2010

Napij się, będzie Ci łatwiej !

    Każdy z nas ma swoją sferę intymności i granicę, której nie chce przekroczyć opowiadając śmiałe historie kumplom, przy najlepszym piwie. Wiemy, które sekrety naszego życia możemy wyjawić, a które pozostawić głęboko w swojej wątrobie i napisać przed śmiercią w testamencie. Lecz są chwile, gdy nie potrafimy nad sobą zapanować i śpiewamy o tym, jak niekształtne piersi miała nasza kochanka, bądź co zrobił w szkole Twój dzieciak, że został z niej wyrzucony.

    Najczęściej otwieramy się jak książka, po alkoholu, mniejsza część społeczeństwa na skutek zażycia narkotyków lub dopalaczy. Jesteśmy w stanie opowiadać o każdej kwestii dotyczącej życia, polityki, sportu i fizyki kwantowej. Ta swoboda i brak barier, ta łatwość mówienia, chwalenia, ale też obrażania innych potrafi być bardzo zdradliwa. Ile razy mówimy sobie "Nigdy więcej się tak nie zaleję!" ? A potem robimy to samo i następnego dnia budzimy się z obitą twarzą.
    Pod wpływem adrenaliny, stresu, bądź pośpiechu również stajemy się zakręceni i zastanawiamy się, dlaczego tak naprawdę pomyliliśmy złożyć życzenia urodzinowe nie swojej żonie, ale sekretarce?

    Dziewczyny rozbierają się... A raczej wstydzą się rozbierać i przebierać przy chłopakach, gdy jestem w szkole, na obozie tenisowym, wakacjach. Jest to pierwszy argument, który jeszcze mocniej zachęca mnie do kontynuowania bycia osobnikiem płci męskiej, ponieważ nie wstydzę się pokazać owłosionych nóg i dość zgrabnej pupy. Natomiast dziewczyny, chowają się przed nami jak przed nadejściem huraganu.
    Kobieta nosi pod swoimi ciuchami stanik i majtki (przynajmniej większoć). Z takich samych elementów składa się bikini, w którym dumnie maszerują przez słoneczną plażę. Moje pytanie na dzisiaj brzmi drogie panie, dlaczego nie chcecie, aby "obcy" faceci patrzyli na was, gdy macie na sobie codzienną bieliznę, a na plaży, gdzie takich panów znajduje się tysiące, z łatwością obnażacie się? Czy to nie dziwne? Moim zdaniem bardzo, bo przecież pomiędzy bielizną a bikini nie ma żadnej różnicy! Ale ja już wiem, dlaczego tak się dzieje... Kobiety są po prostu wstydliwe z natury i w przeciwieństwie do mężczyzn cenią sobie prywatność i intymność.

    Ale jaka jest przyczyna braku zahamowań do ubierania bikini? Alkohol? Tak! Wszystkie kobiety, które mają na sobie stroje kąpielowe i znajdują się na plaży, są pod wpływem alkoholu. W przeciwnym razie, każda jedna opalałaby się w zimowym płaszczu i traperach. I teraz już wiadomo, dlaczego kosze na śmieci są pełne, morze zatrute, piasek zanieczyszczony a ilość gwałtów i aborcji wzrasta... W końcu nadmiar alkoholu szkodzi każdemu i wszystkiemu.

Wesołych Świąt Wielkanocnych !

sobota, 27 marca 2010

Makdonaldyzacji mówię tak

    To wymyślne pojęcie jest synonimem globalizacji. Przynam, że bardzo mi się podoba i teraz zacznę go używać. Tak samo jak używam globalizacji.
    Fala wzorców, zachowań i idei zalewa nasz świat. W każdym zakątku planety wszystkie popularne marki, czy to produkującej bieliznę, czy sprzątającej psie odchody są znane i lubiane. Wszędzie nosi się buty Nike'a za kostkę, leginsy, a chłopaki, ubierają się lekko mówiąc niemęsko. Zarówno w Gabonie jak i we Francji pije się Coca Colę, a wieczorem ogląda wiadomości CNN. To jest globalizacja, czyli wszystko jest wszędzie, dostępne dla każdego.

    Nie chcę tutaj opisywać plusów i minusów dla światowej gospodarki i biznesu. Ważnym skutkiem jest ujednolicenie się stylu naszego życia. Zwiększa się liczba osób spędzających cały weekend w centum handlowym, nabywamy wysokoprzetworzone produkty spożywcze trując się niemiłosiernie. Za to wszystko płacimy w prawie całej Unii Europejskiej jedną walutą.
    Nieograniczone możliwości przemieszczania się sprawiają, iż nawet w najmniejszej ukraińskiej wiosce, znajdą sie dwie rodziny Afroamerykanów i trzy pokolenia Indian. Rasy mieszają się i jesteśmy zmuszeni do zarzucenia rasistowskich poglądów, gdyż nagle stwierdzamy, że murzyn to też człowiek.
    Geje i lesbijki posiadają coraz większe prawa, bo zwiększa się ich ilość. Niestety nie wszędzie są oni tolerowani, a to źle. Musimy nauczyć się przyjmować nowe trendy i wymysły człowieka, otwórzmy się na ludzi, których poglądy nieco różnią sie od naszych.
   
    Globalizacja to dla mnie również gniazdka elektryczne, które na całej kuli ziemskiej powinny być identyczne, aby nie kupować zbędnych przejściówek.
    Kosmopolityzm zwiększa naszą akceptację innych kultur i tradycji, pozwala na poznawanie odmiennych ludzi, co bardzo mi się podoba. Lubię czuć się obywatelem świata i obserwować jak 6 mld homo sapiens staje się jedną rodziną.
    Zadowala mnie fakt, że na półkach w amerykańskich sklepach znajdę konserwę turystyczną i Żywca. Być może oscypek, niedługo będzie podawany jako aperitif w hotelu w Kuala Lumpur? A żurek z kiełbasą zagości na stole Baracka Obamy? Kto wie...

    Martwi mnie jedynie zanikanie odrębności i cech wyróżniających państwo, oraz jego obywateli. Zwłascza młodzi osobnicy są podatni na wpływ zachodniej kultury i mody. W tej chwili ciężko jest odróżnić nastolatka z Hiszpanii od zimnego Szweda. Docierają do nas nowe subkultury, zwyczaje, rodzące się zazwyczaj w USA lub Europie Zachodniej, które pojawiają się w głowach i zachowaniu coraz większej ilości społeczeństwa.

    Są dwie strony medalu... Pierwsza to łatwość... W kontaktach międzyludzkich, podróżowaniu, kupowaniu, łatwość w swobodzie życia, które staje się bardziej przyjazna dla wszystkich.
    Z drugiej strony cały świat zabarwia się jednym kolorem, dąży do tych samych celów, jego idee i wartości stają się powszechne, co zabiera nam suwerenność i odbrębność.
   Czy to dobrze, czy to źle? Sam już tego nie wiem, bo obiema nogami stoję na dwóch stronach: pozytywnej i negatywnej, za i przeciw. Decyzję o tym, czy otwierać się na świat i popaść w wir zależności, bądź zamknąć się i żyć po swojemu, każdy musi podjąć osobiście... Oby wybór ten, był trafny!

niedziela, 14 marca 2010

Życiowe szczęście

    Mój serdeczny przyjaciel Wojtek, stwierdził, że w tekstach, które piszę świat jest pesymistyczny, pełen wad i nie nadający się do życia. Z tego powodu, dzisiaj po raz kolejny odważam się napisać nowinę radosną i pozytywną.
    Wydaje mi się, że nie tylko ja zauważam sprawy, które nas dręczą, przeszkadzają i denerwują w codziennym bytowaniu. Jesteśmy przyzwyczajeni do miłych i poprawiających samopoczucie wydarzeń. Są one dla nas standardem, takim darmowym pakietem, który otrzymujemy podczas przyjścia na świat. Dopiero, gdy coś nie pójdzie po naszej myśli, zastanawiamy się i zaczynamy kombinować. Myślę, że jest to porównywalne do porażek życiowych, które mocniej dotykają naszych uczuć, niż chwile triumfu, dlatego na dłużej pozostają w pamięci.
   
    Podczas opisywania moich teorii, do głowy przychodzą mi tylko kwestie, które wprawiają mnie w złość, dlatego ciągle opisuję świat od tej gorszej strony. Wybaczcie. Postaram się teraz popatrzeć na życie od pomyślnej strony, również z pomocą kartki papieru i ołówka.

    Cieszę się, że budząc się rano potrafię o własnych siłach wstać z łóżka i skierować swoje kroki do łazienki. Jestem w pełni sprawny fizycznie i psychicznie (przynajmniej ja tak uważam) co pozwala mi uprawiać sporty i uczyć się. Nie mam cukrzycy, anemii, wąglika i kiły. Nie łysieję, w mojej jamie ustnej znajdują się wszystkie zęby i język w całości. Mam na wszystko czas i jestem w stanie pogodzić swoje zainteresowania  z obowiązkami. Posiadam swój dach nad głową zwany domem, w którym panują ciepłe temperatury i bieżąca woda. Rodziców, którzy są w stanie zapewnić mi dobry poziom życia i zasponsorować fanastyczne wakacje. Wokół siebie dużo znajomych i przyjaciół, z którymi spędzam czas, dobrze się przy tym bawiąc. Nie mam dziewczyny, dzięki czemu mogę w pełni korzystać z życia i kierować się własnymi zasadami, bez zbędnych przeszkód i narzekań z drugiej strony. Nie jestem karłem, więc kupuję ubrania takie, jakie wiszą na sklepowych wieszakach, bez komplikacji. Żyję w mieście, gdzie nie widać McDonald'a i KFC, wskutek czego utrzymuję atletyczną sylwetkę. Mam dostęp do internetu, który dotrzymuje mi kroku w codziennych poczynaniach, dostarcza wielu cennych informacji i skutecznie pomaga w nauce. Posiadam telefon komórkowy pozwalający połączyć się nawet z Bill'em Gates'em, jeśli zdobyłbym jego numer i iPoda przechowującego ulubioną muzykę. Oczy pomagające podziwiać piękno dzieł natury i człowieka, a także marzenia napędzające moje cenne życie.

    Naprawdę polecam Wam radowanie się z egzystencji. Cieszcie się każdą przyjemną chwilą, wydawajcie pieniądze, bo później może być Was na coś nie stać, bawcie się póki mało żylaków na nogach i korzystajcie z okazji poznawania nowych ludzi i świata. To sprawia, że czujecie się wspaniale i dotrzegacie ekstra niespodzianki ufundowane przez życie !
Ten felieton dedykuję mojemu przyjacielowi Wojtkowi, za dostarczenie mi jasnego światła, pozwalającego napisać coś... W czym chwalę i popieram... Coś...

sobota, 6 marca 2010

Nie tak, jak kiedyś

    Są różne dziedziny życia, które ewoluują z upływem cennego czasu. Ubieramy się dużo bardziej dziwacznie, niż przed upadkiem komunizmu. Jesteśmy świadkami wariackich czynów matki natury, która z powodu trujących supersamochodów dostaje wstrząśnienia mózgu i nasyła na naszą planetę grad, śnieg podczas wakacji i wzmożone ruchy tektoniczne na terenach centrów handlowych.

    Kiedyś czegoś nie było, teraz jest. Kiedyś istniała miłość... Dzisiaj w sumie też.
    Możemy kochać dosłownie wszystko. Ja oprócz Boga i rodziny, kocham samochody, co jestem w stanie potwierdzić wybierając sportowe auto, a nie seks z miss nastolatek. Ludzie pokochują nie tylko przedmioty, lecz czynności, które uwielbiają wykonywać. Telefonowanie z budki, sprzątanie psich odchodów, albo gotowanie bigosu - to zajęcia, które mogą znaleźć się w naszym sercu. Nie, przepraszam. W naszym mózgu ! (Niewiedzących co mam na myśli, odsyłam do felietonu "Kochajmy się, z głową")
    Czyli miłość staje się coraz bardziej uniwersalna i wszędobylska jak telefony komórkowe. Jest to zwykłe odczucie, które towarzyszy nam podczas codziennych czynności takich jak mycie zębów. "Ach, jak jak kocham pucować swoje ząbki ! Po tym są takie białe i lśniące, niczym ze zdjęć na Pudelku". Żenada.

    W ósmym cudzie świata - internecie, nasze oczy nie mogą się już opędzić od migających ogłoszeń z "cycatymi studentkami", albo "tanimi licealistkami". Galerianki zaczynają tworzyć nową warstwę społeczną, a napalone kocice obstawiają wszystkie lasy znajdujące się przy autostradach.
    Aż żal patrzeć jak młode dziewczyny sprzedają się za kilka markowych szmat. Kolejny dowód na to, że poziom ludzkości spada w dół jak spadochroniarz, a prawdziwa miłość zanika.
    Przemęczeni pracą przy laptopie, piciem kawy i lunchem biznesmeni, po zakończeniu dnia, zamiast do swoich otyłych żon, wpadają na szybki numerek do uczennicy, wzamian za szminkę w kolorze jego spermy. Żenada.

    Oglądając filmy sprzed conajmniej kilkunastu lat, z chęcią patrzę i wzoruję się na miłych dżentelmenach znających zasady dobrego zachowania się w stosunku do kobiet. Ucałowanie dłoni, założenie kurtki, wysyłanie kwiatów, a nawet napisanie wiersza! W obecnych trendach są odrzucane jak bezdomny pies. Dzisiaj cholernie ciężko jest znaleźć kobietę, która z uznaniem patrzyłyby na takie zaloty.
    Wystarczy jeździć sprowadzonym z Niemiec, starym jak Mur Chiński Volkswagenem, mieć klatkę piersiową o szerkości bramy garażowej i kilka zaliczonych panienek na koncie, aby zostać playboy'em dyskoteki i bogiem dla nowoczesnych dziewczyn. Nowoczesnych tzn. o inteligencji puszki Coca Coli, wyglądzie lalki Barbie i charakterze słonia.
    A ci z przedziałkiem, piątkami na świadectwie i marynarce, niech idą do Kościoła i startują do zakonnic. Żenada.

    Społeczeństwo światowe dąży do jak najwyższych zarobków, prestiżowego życia i wakacjach w Indiach. Nikt nie ma czasu na małżeństwo, tym bardziej na własne dzieci. Przyrost naturalny gwałtownie spada. I dobrze, bo niedługo centra miast pękną jak balon od nadmiaru ludzi tam przebywających. Ruch na drogach zmaleje, a praca i najlepsze szkoły będą łatwiejsze do osiągnięcia. Jeśli ludzkość odczuje brak nowych stworzeń, od razu weźmie się do roboty. Nie martwmy się o to.
    Nasze babcie nie wyobrażają sobie wnuczków bez obrączek na palcach, pana młodego w białym garniturze i wesela w wiejskiej stodole. Niestety czas mija, a ludzie preferują związki bez zobowiązań, bez przysięg i prawnych ceregieli. Staram się być religijny, lecz w tej kwestii jest jak najbardziej za.
    Życie bez ślubu i dzieci, daje nam dużo radości i wolności. Nawet w szkole podczas nauki o okresie romantyzmu, dowiaduję się, iż żona to istota szara, nudna, przeciętna i uciążliwa.

    Staczamy się w bezwartościową otchłań, pełną tanich laleczek, żądnych seksu za kosmetyki licealistek i napakowanych tępaków z dziurą w mózgu. Nie dajmy się w to wciągnąć i unikajmy z całych sił takich nieludzkich stworzeń !

niedziela, 21 lutego 2010

Zacznijmy słuchać muzyki !

    Wydaje się Wam, że słuchacie muzyki? Codziennie wtykamy sobie w brudne uszy małe słuchawki, które niszczą  nasz słuch, jak szarańcza zboże na polu. Chodzimy do szkół, sklepów, aptek i solariów, otaczając się ulubionymi rytmami, które mamy ze sobą, dzięki swojemu nano technologicznemu odtwarzaczowi mieszczącemu się nawet w sznurówce.
    Muzyka jest wokół nas. Wejdziemy do galerii handlowej, gdzie z głośników płynie Kasia Kowalska. Znajdziemy się na polskim stoku narciarskim i wciąż jesteśmy zadręczani gotyckim brzemieniem RMF-u. Być może niedługo podczas otwierania pojemnika na śmieci, uderzy nas melodia Nirvany... Kto wie? Ale to tylko psuje nasze muzyczne zmysły, ponieważ przestajemy słuchać muzyki, a zaczynami tylko słyszeć.
    Jest nieodzownym elementem życia codziennego. Dzięki obecnej technologii jest razem z nami w każdym zakątku Ziemi, na każdej szerokości geograficznej i wysokości nad poziomem morza. To sprawia, że nie zwracamy na nią uwagi i nasze gusta zanikają jak polscy emigranci z Irlandii.
    Kiedyś internet, iPod-y i telefony komórkowe zdawały się istnieć tylko na Marsie. Ludzie chodząc na koncerty mieli jedyną okazję chłonąć linie melodyczne i takty. To pozwoliło im przeżywać muzykę i angażować się w jej odbiór. Teraz oczywiście uczestniczymy w dużej ilości koncertów. Polska jak wół, ale dobre i to, rozwija się, dzięki czemu coraz większa ilość wybitnych muzyków pojawia się w krainie jednopasmowych autostrad i prezydenta, która ma swojego sobowtóra. Korzystajmy z tego i głuchnijmy podczas występów na żywo, nie w centrum miasta z iPod-em w kieszeni.

    Jakiś czas temu muzyka miała zupełnie inne cele do spełnienia. Artyści wyrażali osobiste emocje dotyczące globalnych wydarzeń. Polskie punk rockowe kapele starały się niszczyć komunistyczne kleszcze, założone na Polsce. Amerykańscy piosenkarze domagali się zakończenia wojny w Wietnamie, właśnie poprzez ekscentryczne i odważne teksty... To, co było śpiewane miało ogromne znaczenie w przekazie. Ludzie nie tylko machali rękami i kręcili głowami, ale dołączali się do masowych protestów, dobrze się przy tym bawiąc.
    Natomiast dzisiaj... Wielka kicha ! Takie rodzaje muzyki jak pop, techno, rap, disco i wiele, wiele innych, powinny pojawić się jako zbrodnia wobec historii w Kronice Ludzkości i Świata (jeśli taka istnieje).
    Nie wiem co wnoszą do muzyki, ale jestem przekonany, że przeszkadzają prawdziwym koneserom, jak Kurdowie Turkom. Teksty piosenek tych nowoczesnych gatunków są puste jak kenijskie pustynie, a ich przesłanie dotrze najwyżej do strusia.
    Wszystkie utwory pop opowiadają o nieudanej miłości, dziewicach na plaży, albo tłoku w metrze. Przemijają jak kolejny marny dzień w naszym życiu.
    O polskim hip hopie żal mi wspominać, bo poza blokowiskami, wódką z przemytu i spleśniałą koką, o niczym innym nie usłyszymy. Wzorując się na polskich, pożal się Boże raperach, wyrośniesz na opętanego ekstremistę, molestującego psy pod trzepakiem.
    Amerykański rap to inny świat, tam jest chociaż coś co można podziwiać w teledyskach. Obwieszeni złotem jak strachy na wróble, gibający się czarni. Garaż najdroższych aut z chromowanym lakierem i felgami wykończonymi diamentami, oraz latynoski z biustem większym, niż koła w niemieckim traktorze. Również monotonne, ale ciekawsze.
    Techno w muzyce przypomina mi wygłupy Andrzeja Leppera w Sejmie. Mocne basy, które połamią Ci żebra i wszystko załatwione. Takie melodie jest w stanie stworzyć nawet papuga, stukając dziobem w klatkę. Nie widzę sensu w słuchaniu takiej muzyki sztucznej jak usta Krzysia Ibisza i pociągającej, niczym dekolt Angeli Merkel. Tylko wysysa nasze szare komórki i ogranicza umysłowo.
   Nigdy nie pojechałbym na koncert światowej klasy DJ'a, gdzie od dudnienia wypadłyby mi gałki oczne, a wokół mnie skakały naćpane Holenderki z piersiami na wierzchu.

    Pozwolę sobie niechętnie, krótko skrytykować mój ukochany zespół - Metallikę, za ich najnowszą płytę Death Magnetic. Totalny spadek siły uderzenia, to już nie jest klasyczna "Meta", której słuchając tupam rytmicznie stopą. Przy tym lepiej wyrywać sobie włosy i rzucać nożami.
    16 czerwca wybieram się na ich koncert do Warszawy. Wiem, że pomimo kilku najnowszych piosenek, pozostałe zmiotą mnie z Ziemi. I już teraz jestem przekonany, że będzie to jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu.

    Słowem zakończenia chcę skonfrontować przeszłość z teraźniejszością.
    Pudzian Band, Paweł Małaszyński i Cochise, Doda, Rihana, Jonas Brothers, Lady Gaga... Tylko wysłać ich do piekła, a wcześniej torturować i dusić workiem foliowym.
   
    Metallika, ACDC, Led Zeppelin, Black Sabbath, Carlos Santana, Miles Davis, Nirvana, Iron Maiden... Powyżej wymienionych i wielu innych proszę o nadanie im świętości, spokoju i siły... Aby mogli z zapałem płodzić dzieci, które dzielnie będą podtrzymywały wyczyny swoich tatusiów i dziadków, którzy nadali bieg muzyce najwyższej klasy.

    I nie bójcie się słuchać jazzu, czy muzyki klasycznej, nawet gdy inni uważają to za lansowanie się czy wywyższanie. Ja już to zrobiłem.

niedziela, 14 lutego 2010

Kochajmy się, z głową !

    Ależ mamy dzisiaj dzień ! Za oknem tyle śniegu, że zaspy sięgają do naszych okien. W domu leżymy w łóżku, bo czym innym możemy się zająć? Może świętowaniem święta świętego Walentego?

    Święto zakochanych... Ach jak cudownie... Jedyny, tak magiczny dzień w roku... Chwila, jedyny?! Czyli przez resztę dni, których liczba wynosi 364, nie okazujemy uczucia swoim najbliższym?! Ahaaaa jedyny dzień w roku, gdy bezproblemowo możemy kupić naszej walentynce, a jakże, czerwone serduszko, albo pluszowego misia z metką "Made in China", który nie jest szkodliwy dla alergików.

    Według mnie święty Walenty to wielki biznes, który rozkręca się przed dniem 14 lutego. Masa maskotek, wisiorków, czerwonej bielizny i nadających się do recyclingu figurek w kształcie amora. To wszystko ma teoretycznie sprawić, iż walentynki staną się dla nas niebiańskim dniem, pełnym dobroci i radości.
    W radiu polecają sposób wydania 19-stu złotych na truskawki i wino, które spożyjemy wspólnie z partnerem, fantastycznie się bawiąc.
    Mamy możliwość napisania sms-a z miłosnym wierszykiem ściągniętym z internetu, który zostanie wyświetlony na dolnym pasku w telewizji Polsat. Baardzo romantyczne. Równie dobrze możemy powiadomić tą drogą swoich rodziców, którzy są gdzieś u znajomych bez telefonu, że wychodzimy na 2 godziny z domu. Wybaczcie, ale dla mnie jest to równie tanie, jak twórczość Lady Gagi.

    Jeśli spotkałbym godną zakochania się w niej dziewczynę, z miłą chęcią organizowałbym jej walentynki w każdy weekend. A 14 lutego nie różniłby się niczym od pozostałych dni.

    Nie rozumiem idei tego dnia. Może wtedy łatwiej się zakochać, bo nowy program rządowy nakazuje w nocy, rozsypać nad każdym miastem z samolotu magiczny afrodyzjak. Dobry pomysł, ja jestem za.

    Nie sądzę, aby ten dzień poprawiał relacje w związku, wręcz przeciwnie ! Kobieta może się oburzyć, że jej kochany mąż nie zorganizował romantycznej atrakcji, tylko odpoczywa w salonie z książką ręku.

    Występuje również aspekt historyczny. Jak pisze Wikipedia, obchody walentynkowe trafiły do Polski w latach 90. XX wieku, i tutaj uwaga, z kultury francuskiej i krajów anglosaskich. Polska powtarza błędy XIX. wiecznej szlachty, która bezmyślnie brała przykład z Francuzów. Jeśli nie pamiętacie... Nie wyszło to naszym przodkom na dobre. My - Słowianie, mamy swoje święto zakochanych - Sobótkę, która odbywa się nocą, z 21 na 22 czerwca. Dlaczego wypieramy nasze tradycje?

    I jeszcze jedno. Przecież uczucie do drugiego człowieka rodzi się w mózgu. Serce tylko pompuje krew i stanowczo nie odpowiada za nasze logiczne myślenie. Więc od dzisiaj proponuję za symbol walentynek, uznać ludzki mózg. Czy czekoladki w jego kształcie nie byłyby smaczniejsze?
    Jutro przyjdę do szkoły nago, wybiję okno w swoim domu i spalę telefon komórkowy, ponieważ chcę zainicjować nowe, równie bezsensowne święta, które już za rok wejdą w nasze życie ! Strzeżcie się ! To dopiero początek.

  

niedziela, 7 lutego 2010

Śnieżny raj

    Kilku moich czytelników, powiedziało mi, że pisząc zawsze narzekam. Ciągle wszystko krytykuję, wybrzydzam i nie jestem z niczego zadowolny. Więc proszę ! Oto jest. Pełny pochwał i zadowolenia felieton.

    Podczas ostatnich ferii, czyli prawie kilka dni temu, spędziłem osiem dni w austryjackich i szwajcarskich Alpach. Mimo tego, że od kilku lat jeżdzę do tej magicznej krainy, zawsze jestem szczerze zauroczony i szczęśliwy przebywając tam. Pełno śniegu, smakowite potrawy, piwa, (czasem) seksowne narciarki, słońce... Można wymieniać godzinami. Uważam, że wyjazdy na narty w Alpy, są jedynym w swoim rodzaju przeżyciem. Masz świadomość przebywania z ludźmi z całego globu, w stosunkowo małym miejscu. Łączysz się z nimi poprzez wspólne zjazdy, wjazdy wyciągami, bądź siedzenie w knajpie i czujesz się jak prawdziwy obywatel świata.
    Niektórzy podczas ferii latają do Egiptu, aby wygrzać swoje białe ciało i nanieść na skórę brudy pływające w hotelowych basenach i Morzu Czerwonym. Po jaką cholerę? Tego nie wiem. Zima jest zimą, śnieżny puch mamy do dyspozycji tylko przez kilka miesięcy, więc trzeba z tego korzystać ! Już niedługo śnieg stopi się a wśród nas zawita pełna zieleni i kwitnących roślin ciepła część roku. Wtedy bardzo chętnie pobaraszkuję na plażach południowych stolic ciepła. Lecz na pewno nie pojadę na lodowiec, aby przekroczyć granicę wiecznego śniegu.
   
    Kto nie doświadczył korzystania z wyciągów narciarskich znajdujących się w Alpach, musi mieć świadomość, iż ma kolejny cel w życiu do wykonania ! Nieważne jest to czy preferujesz narty, bądź snowboard. Możesz mieć do dyspozycji nawet lodówkę lub stare drewniane drzwi, na których zjedziesz w dół, ale przyjemność i uczucie jakie towarzyszy Ci podczas tej interakcji śniegu z małą, płaską powierzchnią czegoś tam, jest fenomenalne ! Czujesz się jakbyś płynął pośród gęstych fal śniegu, w czasie jazdy masz możliwość podziwiania fantastycznych widoków... Naprawdę trzeba to przeżyć osobiście !

    Tym razem nie będzie zaskakującej pointy, bądź powodującego wszelakie grymasy na twarzy zakończenia. Po prostu pisząc tekst, gdzie coś pochwalam, nie mam możliwości napisania czegoś szkokującego. Tylko stos superlatywów i nic poza tym. Napiszę krótko, jazda na nartach w Alpach jest doskonałym przeżyciem z wielu powodów i wyjazd w te tereny zdecydowanie wart jest swojej wysokiej ceny.
    Teraz ponownie będę krytykował co mi się tylko podoba, aby móc napisać teorie ciekawe, zajmujące i przyciągającego czytelników !
 

niedziela, 31 stycznia 2010

Alpejskie wygibasy

    Podczas mojego wyjazdu do Alp, nie obyło się bez smakowania austryjackich klimatów, w małej, drewnianej knajpce, gdzie popis swych muzycznych umiejętności dawali dwaj Austryjacy przybrani w białe koszule, trapery w kolorze khaki, krótkie spodenki i idealnie pasujące do całości, grube jak przeciętny Amerykanin skarpety. Oczywiście opowiadali coś w języku niemieckim, ale dla mnie i reszty Polaków siedzących przy stołach, było to równie zrozumiałe jak wschodniowietnamska gwara.

    Przyznam, że panująca tam atmofera, była bardzo miła. Dużo narciarzy, świetne przysmaki, piwo i grube Niemki machające swymi brzuchami przed moim nosem. Ale.. Gdy przyjrzeć się bliżej całej oprawie, muzyce, głosom wystrzałowych muzyków i sypiącym się sztucznym śniegu z sufitu, to przyjęcie nie różni się bardzo, od polskiej dyskoteki w wiejskiej remizie Ochotniczej Straży Pożarnej ! Kolorowe światła i te powalające hity w stylu disko, oczywiście przerobione na wersję niemiecką z powodzeniem uzupełniłyby wiejską potańcówkę na naszej słowiańskiej ziemi.
    Panowie z garścią błyszczącego żelu na włosach skutecznie konkurowali z Boys'ami, i wedlug mnie odwalali równie marną wiochę. Owszem, ludzie świetnie się bawili, lecz mam wrażenie, że gdyby zabrakło napojów wyskokowych, tłum natychmiast opuściłby lokal i skierował swoje kroki do sklepu bezcłowego, znajdującego się piętro niżej. Tam za grosze można kupić kilka wózków prestiżowego alkoholu i wypsikać swą skórę modnymi perfumami w złotych butelkach.

    Więc, jeśli liczycie na nowe przeżycia związane z podskakiwaniem w butach narciarskich na parkiecie, przy akompaniamencie harmonii obsługiwanych przez Austryjaków, opowiadających szydzące kawały o Polakach... Dajcie sobie spokój. Zajmijcie się lepiej samą jazdą na nartach i piciem whisky w hotelowym barze, wraz z wesołymi znajomymi !

czwartek, 14 stycznia 2010

Kilka zmian po(pro / por)szę

    Wreszcie nadszedł ten czas, abym napisał o tym, co kocham... Nie o komicznych sporach w Sejmie, absurdalnych kłopotach z ekologami czy stosowaniu różowych prezerwatyw. Pewnie wiecie, że myślę o samochodach ! Owszem, zgadza się. Skłoniła mnie do tego sytuacja najbliższej mojemu sercu marki - Porsche.

    Ferdinand Piech z radości chodzi na głowie, ponieważ udało mu się wreszcie dobrać do swojej bogatej talii kart, kolejnego asa. Marka z Zuffenhausen straciła niezależność i wstąpiła w szeregi mocarnej grupy Volkswagen AG. Czy to dobrze? Boję się, że powtórzy się zjawisko montowania elementów wnętrza z tańszych modeli, w tych z najwyższej półki. To jak pryszcz na twarzy Megan Fox, albo pióro Mont Blanc z plastikową skuwką. Szczegółowy szczegół, lecz psuje ogólne wrażenie. Porsche musi zachować swój charakter. Jednak z drugiej strony w spółce Volkswagena są również Bentley, Bugatti i Lamborghini - zaszczytne towarzystwo do współżycia

    No właśnie, zachować swój charakter... Porsche od zawsze kojarzy się z autami sportowymi, a tu nagle... Cayenne ! Bęc ! Panamera ! Bęc ! W głowie mi się kręci.
    Pierwszy SUV w historii marki, Cayenne. Lubię Go. Zarzuca się mu wygląd hipopotama i wnętrze z poprzedniego wieku, ale za to istnieją napisy GTS, Turbo i Turbo S na tylnej klapie bagażnika, na które mało kto śmie narzekać. Mimo środka ciężkości położonego na takiej samej wysokości, jak u żyrafy, prowadzi się jak po nitce, jest funkcjonalny, doskonale wykończony i na masce widnieje znaczek Porsche, co jest lepsze niż logo Audi czy BMW.
    Lecz wprowadzenie wersji hybrydowej i z Dieslem to konkretna klapa i poniżenie w sferze najznamienitszych marek w historii. Ponad dwutonowy rumak z "oszczędnym" silnikiem, stojąc na stacji paliw, wygląda jak słoń jedzący sałatkę, aby nie przytyć.

    Panamera... Ładna nazwa. Taka przejrzysta i zachęcająca do życia. I o dziwo nie napiszę wielkiej skargi w stronę tego modelu, bo wiem, że gdy ujrzę go na żywo, spodoba mi się. Przypomina jamnika, ale w odpowiedniej konfiguracji, tzn. z czarnym lakierem i 20 - calowymi obręczami RS Spyder Design, naprawdę robi wrażenie. Jednak wydaje mi się, że designerzy mogli dać więcej stylistycznego czadu, tak jak Lamborghini z modelem Estoque, który niestety nie został wdrążony do produkcji.
    Panamera Turbo osiągnęła najlepszy czas okrążenia na Nordschleife wśród sedanów ! Brawo ! Okrągłe pół tysiąca koni mechanicznych pokazało, iż to co najlepsze kryje się pod karoserią.

    Za to premiera Boxstera Spyder rozelektryzowała mój mózg ! O to właśnie chodzi ! 1275 kg czystej pasji, 320 KM soczystych emocji. Bez zbędnych systemów audio, ciężkich, wygodnych foteli... Tylko osiągi i radość z jazdy. Mały psotnik, groźny walczak, który z pewnością znajdzie uznanie wśród młodych ,wykształconych osobników mających w portfelu 87 000 Euro.

    Jeszcze kilka słów o legendzie, czyli 911. Nowe GT3 uznawane za najlepsze Porsche, dalej wyznacza standardy w zakresie prowadzenia i skuteczności hamulców. Ostatni face lifitng podniósł moc do 435 KM, polepszył wygląd i kierownicę. A co najlepsze stosunkowo "słaba" GT3, na torze potrafi skopać tyłki konkrurentom wyposażonym w silniki mające ponad 500 KM. Strzał w 10 ! Tak samo jest w przypadku hardcore'owej odminy GT3 - GT3 RS, jak i Turbo. Kilka dni temu pojawiły się informacje o jeszcze bardziej hardcore'owej odmianie wersji GT2 RS, bardziej hardcore'owej od GT3 - GT2. 550 KM i dodatkowy spojler na wzór GT3 RS. Wszystko pięknie, ale ktoś kiedyś powiedział, że kupowanie 911 jest jak zamawianie obiadu w restauracji. Trafne spostrzeżenie, wersji jest od groma. Po co aż tyle?

    Mój plan jest taki.
    Zakończyć produkcję Boxstera i Boxstera S, zostawić tylko Spydera.
    Usunąć Caymana, pozostawić na placu boju Caymana S.
    Zniszczyć Panamerę, zachowac Panamerę S i Turbo.
    Do diabła z Cayennem, Cayennem Hybrid i Diesel. Tylko GTS i Turbo.
    I na końcu 911. Więc tak, Carrera, Carrera Cabrio, 4, 4S i Targa do odstrzału. Dalej, wymieszac esencję z GT3 i GT3 RS i połączyc to w jednym modelu, wzmocnic do niecałych 500 KM. Następnie wzmocnic Turbo do 530 KM, tak, aby spokojnie przeważało nad Gallardo i 458 Italia. Na koniec GT2, nie wprowadzac wersji GT2 RS, tylko wzmocnic do 570 koni i uczynic bardziej łaskawą dla mniej wprawionego kierowcy, aby powaliła w walce LP560-4 oraz mocniejszą odmianę 458, która niedługo nam się ukaże.

    I za te wszystkie przewinienia ! Za nasze nerwy stracone ! Ja i fani Porsche żądamy Carrery GT mk II  !!
Aby Zonda F i LP670-4 SV mieli się znów czego bac !! A Porsche zdobyło motoryzacyjny szczyt, kolejnym niesamowitym superautem stojącym ponad wszystkimi !

sobota, 9 stycznia 2010

... i Sprawiedliwość

    Wiem, że was to wkurza. Brak równowagi i sprawiedliwego podziału na tym Bożym świecie. O sprawiedliwości najczęściej mówią nam politycy, którzy niestety niesprawiedliwie, nie starają się pomóc Polsce, lecz chcą wypromowac swoje dumne gęby w telewizji. Gdyby całe nasze życie miało stac się w pełni sprawiedliwe, musielibyśmy dokonac większych starań niż nasze władzę próbujące sprzedac stocznie. Ale... Niestety braku sprawiedliwości nie unikniemy.

    Jestem za wprowadzeniem kary śmierci. Stosujmy zasadę "oko za oko, ząb za ząb", wtedy chorym umysłowo mordercom, może odechce się odcinania głów i wbijania wideł w czyjeś plecy. Siedzenie za kratkami teoretycznie jest skuteczną karą, ale więzienie wcale nie ogranicza przestępców w ich działaniach. Ponadto poznają tam nowych, łysych mutantów, z którymi dogadują się i tworzą konkurencję sycylijskiej mafii. To jest sprawiedliwośc, odesłałeś kogoś do grobu, więc z Tobą będzie identycznie.

    Mamy XXI wiek, cały świat wydaje, rozdaje, wpłaca i wymienia sumy pieniędzy, o wartości przekraczającej liczbę ciał niebieskich w kosmosie, a w Afryce murzynki bambo nie mają nic do jedzenia. Kraje G20 zajęte są kalkulacją nowych inwestycji i wprowadzeniem ograniczeń na zużycie dwutlenku węgla. A biedna Afryka tonie na dnie banknotowego jeziora. Owszem, są liczne akcje i organizacje, które wspomagają tamtejszych mieszkańców finansowo i materialnie, ale to za mało. Raz na jakiś czas znany aktor poleci tam prywatnym samolotem, na swoje ciuchy Versace włoży tanią koszulkę z logiem organizacji, weźmie na barana pierwsze, lepsze dziecko, powie dwa zdania do kamery, przy czym zareklamuje dodatkowo nowy model szwajcarskiego zegarka, a następnie wraca do kraju z orderem od głowy państwa. Afryka jest jak Roger Guerreiro w FC Barcelonie - nikt nie chciałby go w pierwszym składzie.

    Wszyscy chcieliby zarabiac tyle samo. Każdy marzy o wyjeździe do Peru, złotych kranach w łazience i apartamencie w Paryżu.

    Ludzie są różnego wzrostu, inaczej wyglądamy, jedni potrafią śpiewac, a drudzy tak jak Stachursky - nie.

    Jedni mają dzieci, drudzy chcą miec dzieci a nie mogą, a inni mają dzieci i ich nie chcą.

    Większośc Polaków woli Tuska, a jednak to Kaczyński jest prezydentem.

    Ale to jest fajne. Zmusza nas do walki. Gryzie mnie to, że np. Brytyjczycy od urodzenia znają angielski, który jest językiem globalnym. Reszta świata musi uczyc się angielskiego, a oni nie. Dziwne... Ale za to, jesteśmy "o jeden język mądrzejsi". I to nas wzbogaca.

    Jeszcze gorszym jest, gdy wykształcona osoba nie może dostac pracy, tylko dlatego, że nia ma bogatego tatusia grającego na giełdzie, który zna wszystkich prezesów firm w największych miastach. Więc zamożni mają łatwiej. Ale o tym wie się od dawna.

    Dziwne byłoby nasze życie, gdyby wszystko było sprawiedliwe i takie same. Myśląc sprawiedliwe, chcielibyśmy miec to, co najlepsze i wyglądac jak ci najpiękniejsi. Marzy nam się życie w beztroskiej utopii, gdzie nie ma problemów i różnic. Ale dzięki Bogu życie jest wredne i trzeba zapracowac, oraz wywalczyc swoje diamentowe telefony komórkowe lub dom nad jeziorem. Dlatego wokół nas coś się dzieje, nie jedziemy prostą i nudną, wiodącą przez australijskie stepy szosą, lecz alpejską serpentyną ! Ja z wielką chęcią podejmę wyzwanie i dojadę do mety z napisem "Niesprawiedliwośc daje dużo frajdy w ziemskim życiu" !